Gorzowska pisarka – Halina Elżbieta Daszkiewicz

Dla niektórych zwykłe szare miasto, dziura, gdzie nic się nie dzieje, dla innych kameralne, pełne potencjału, ciekawych miejsc i przede wszystkim fascynujących ludzi, którzy je tworzą. Ludzi, którzy coś robią, rozwijają się, pomagają, patrzą pozytywnie w przyszłość ale i szanują przeszłość, swoją, swojego miasta – Gorzowa Wielkopolskiego. Ja również jako rodowita gorzowianka, mimo, że lubię wyjeżdżać do wielkich miast, zawsze z przyjemnością wracam do domu…

Niedawno opisywałam moje wrażenia z wystawy projektantki Natalii Ślizowskiej, która nie bała się tutaj, właśnie w Gorzowie (jeszcze Wielkopolskim?) otworzyć swoją pracownię, tutaj tworzyć i się rozwijać.

Dzisiaj opowiem Wam o moim spotkaniu z Gorzowską pisarką Panią Haliną Elżbietą Daszkiewicz. Przypadkowo trafiłam na wpis koleżanki o spontanicznym spotkaniu na mieście, właśnie z autorką książek o Gorzowie. Z tego co przeczytałam na profilu FB autorki, nie są to książki o samym mieście, ale o ludziach, którzy tam żyją. Poszukałam dalej, przeczytałam fragmenty i stwierdziłam, że muszę te książki kupić i koniecznie przeczytać. 

Chciałam zapoznać się jak najszybciej z treścią książek, więc umówiłam się, że kupię je bezpośrednio u autorki. Tak trafiłam do p.Haliny na osiedle, które również jest opisane w jej książkach. Sympatyczna osoba, z którą bardzo miło mi się rozmawiało i gdyby nie to, że się spieszyłam, spędziłabym na rozmowie pewnie co najmniej godzinę. Czas gonił, „mój kierowca” czekający pod blokiem już wydzwaniał telefonem, więc wzięłam zadowolona książki wiedząc, że w jeden, dwa wieczory będę je miała już przeczytane.

Główna bohaterka Matylda, do której chętnie wpadłoby się na pyszne, jeszcze gorące – bo prosto z piekarnika ciasto. Zupełnie jak jej najlepsza przyjaciółka Magda, która niemalże wyczuwała moment, kiedy to Matylda dopiero wyciągała mąkę i inne składniki na ciasto.

Matylda sama, po śmierci męża, ale nie samotna. Zapętlona w pomoc swoim dorosłym dzieciom, zapomina o sobie, o drobnych przyjemnościach, z których składało się jej życie… Dopiero pewna osoba, która pojawiła się niespodziewanie na jej drodze, wydarzenie, które unieruchomiło ją na jakiś czas, spowodowały, że… zaczęła na nowo żyć. Cieszyć się z małych przyjemności, obecności przyjaciół, znajomych, wychodząc na spotkania, korzystając z czasu, który wcześniej poświęcała dla innych. 

Lekkie pióro p. Haliny sprawia, że książki czyta się jednym tchem, są pełne żartów, wspomnień, czasem fragmentów poezji, złotych myśli, które warto sobie gdzieś zapisać…

Ludzie, miejsca, wydarzenia… Wszystko dzieje się w Gorzowie – z przyjemnością więc chodzę uliczkami wraz z dwoma Paniami M., rozpoznaję wśród ich znajomych osoby, które również znam, miejsca czy wydarzenia, w których bywałam. Jedno wiem na pewno, że po przeczytaniu książek „Matylda, pora na życie”, „Matylda II. Jak zabić muchę” już czuję niedosyt i chciałabym zaczytać się w kolejnych opowieściach p.Elżbiety.

Inspirując się Matyldą, jakże inaczej można by było zakończyć ten wpis, jak nie jakimś dobrym wypiekiem – szybkie ciasto ucierane z owocami z własnego ogródka – specjalnie zrywane w deszczu czerwone porzeczki. A przepis, oczywiście polecony przez sąsiadkę mojej mamy do wypróbowania…

Składniki na ciasto:
  • 4 jajka
  • ok. 1/2 szklanki oleju
  • 1 szklanka kefiru
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 szklanka cukru
  • dowolne owoce
Kruszonka:
  • 25 gram masła
  • 25 gram cukru
  • 50 g mąki

Wszystkie składniki mieszamy w misce widelcem na jednolitą masę, wykładamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia, na to sypiemy dowolne owoce. U mnie była mieszanka wszystkich owoców jakie znalazłam w ogrodzie – czerwona porzeczka, kilka poziomek i kilka czereśni. Na to wysypujemy kruszonkę i wstawiamy ciasto do piekarnika nagrzanego do 180’C na około 40-50 minut. Najlepiej po 40 minutach sprawdzić patyczkiem, czy już jest gotowe.

Print Friendly, PDF & Email

1 Comment

  1. […] Gdy już miałyśmy w rekach albumy, zdjęcia, spontanicznie wpadłam na pomysł by wykorzystać piękną pogodę i wolny czas na spacer, przy okazji porównać, które miałyśmy w ręce z tym co widzimy teraz – czyli miasto, którego już nie ma, a jednak jest. Myślę, że to jest dobry pomysł pokazać młodym osobom, dla których Gorzów czasem jawi się jako „dziura”, że miasto wciąż się rozwija, pięknieje i nie musi być wielką aglomeracją, by chciało się tu żyć. Bo miasto tworzymy również i MY – osoby, które coś chcą robić, działać i pokazywać, że warto (jak np. poznana niedawno przeze mnie Gorzowska pisarka – Halina Elżbieta Daszkiewicz) […]

Leave a Reply